Garbów, 24.01.2007 r.
Przez długie lata byłam odpowiedzialną za szatnię w domu Księży Salezjanów w Oświęcimiu. Salezjanie prowadzą tam Gimnazjum i Liceum, nadto jest internat dla chłopców. W 1992 roku, po zakończonym roku szkolnym, jak zwykle, miałyśmy wiele pracy. 2 lipca przy maglowaniu bielizny wciągnęło mi rękę do magla elektrycznego (4 palce z nadgarstkiem). Przyszła mi z pomocą pracownica, która razem ze mną wykonywała tę pracę. Zatrzymała magiel, cofnęła i dzięki temu mogłam wyciągnąć rękę. Ręka była mocno spalona, zgnieciona. Na pogotowiu stwierdzono, że – na szczęście – kości nie były zmiażdżone. Udzielono koniecznej pomocy, zastosowano odpowiednie lekarstwa i wróciłam do domu. Udawałam się jednak codziennie na pogotowie, by zmieniać opatrunek. Choć trwało to długo nie traciłam pogody ducha i nadziei, a nawet humoru. 27 lipca pojechałam na rekolekcje do Pogrzebienia (tam jest grób M. Laury Meozzi i pokój pamiątek, w którym umarła). Podczas rekolekcji robiłam w dalszym ciągu opatrunki, a jednocześnie rozpoczęłam nowennę za wstawiennictwem Sługi Bożej Matki Laury, prosząc o uzdrowienie ręki. 5 sierpnia wszystkie palce były już wygojone, a na ręce nie było nawet śladu blizn.
Uznaję to za wielką łaskę otrzymaną za wstawiennictwem Sługi Bożej Matki Laury Meozzi i składam Jej gorące podziękowanie za wysłuchanie mojej prośby.
/-/ s. Rozalia Chomiuk